Wtorek. Dzień tygodnia, który różni się od poniedziałku tylko tym, że już nie tak bardzo pamiętam smak słodkiego weekendowego lenistwa. Potrzebuję przerwy... Długiej przerwy.
A tymczasem utwierdzam się w przekonaniu, że energetyka mnie nie uszczęśliwia i być może studia nie byłyby tak chujowe chociażby na anglistyce. W sumie nie chodzi tu o całą energetykę, tak naprawdę wszystko jest do ogarnięcia z jednym małym, kurwa, wyjątkiem: matematyka. No kurwa mać, jak całe życie kochałam ten przedmiot tak teraz go nienawidzę! Matematyka na polibudzie to najbardziej chujowy przedmiot, który został kiedykolwiek wymyślony i gratuluję panu, który sobie wymyślił, że w sumie to potrzebujemy mieć jeszcze w zakresie tego chujowego przedmiotu coś tak popierdolonego jak liczby zespolone. Nie wiecie co to? Krótko mówiąc - to liczby, które nie istnieją i nigdy istnieć nie będą, ale fajnie je tak sobie policzyć. Jaka liczba podniesiona do kwadratu da wynik ujemny? Całę życie uczono nas, że żadna. A tu bum. Jednak jest taka liczba, ale w praktyce ona nie istnieje. Mind-fuck.
No dobrze... Nie radzę sobie z matematyką. Reszta jakoś leci. Chociaż jest, kurwa, ciężko. Rada dla tych, co planują iść na studia: Wybierzcie coś, co już was interesuje i nie miejcie zbyt wielkich ambicji, wybierzcie coś, co będziecie w stanie ogarnąć i pamiętajcie, że matematyka na studiach jest zajebiście pojebana.
A ja tymczasem pouczę się jebanej matematyki.
Dziękuję, do widzenia.
Deszczu
wtorek, 15 stycznia 2013
środa, 19 grudnia 2012
Środa. Już przedostatni dzień na uczelni przed świętami. Nie chce mi się iść tam, kurwa mać. Trzeba.
Dziś mój organizm musiał się na mnie mocno pogniewać, bo wciąż czuję jakiś niezdefiniowany ból a zmianę w brzuchu i w głowie. Fuck it, i tak pójdę na imprę.
Coś tak jeść się nie chce... Najchętniej to bym zasnęła i wstała w świąteczny poranek w swoim łóżeczku w mojej małej mieścinie. Ahh.. Ta wizja jest tak cudowna, że niemal nie potrafię w nią uwierzyć.
Czas kończyć i zapierdalać na jebaną uczelnię, a po drodze skrypt z chemii. Kurwa.
Deszczu
Dziś mój organizm musiał się na mnie mocno pogniewać, bo wciąż czuję jakiś niezdefiniowany ból a zmianę w brzuchu i w głowie. Fuck it, i tak pójdę na imprę.
Coś tak jeść się nie chce... Najchętniej to bym zasnęła i wstała w świąteczny poranek w swoim łóżeczku w mojej małej mieścinie. Ahh.. Ta wizja jest tak cudowna, że niemal nie potrafię w nią uwierzyć.
Czas kończyć i zapierdalać na jebaną uczelnię, a po drodze skrypt z chemii. Kurwa.
Deszczu
niedziela, 16 grudnia 2012
Ahhh.. Czego to się nie robi, żeby odwlec naukę?
Zacznijmy od tego, co teraz robię: Słucham Hey MTV Unplugged i jaram się każdą piosenką, ponadto odrabiam kolejną zjebaną pracę z kreski, myśląc o minionym weekendzie. Ktoś bardzo okrutny wymyślił, że weekend będzie tak krótki, a zaraz za nim będzie najokrutniejszy na świecie p o n i e d z i a ł e k (to słowo rani moją duszę).
Na jutro trzeba umieć matmę, aby ładnie napisać kolosa i dodatkowo odwalić kreskę.
A wczoraj.. Wczoraj było po prostu cudownie. Impra z doborowym towarzystwem, prezenty trafione i klimat... Ten specyficzny, radosny klimat, który sprawia, że czuję się po prostu dobrze.
No a jutro kurwa jebany p o n i e d z i a ł e k.. Kurwa.
Do widzenia,
Deszczu
Zacznijmy od tego, co teraz robię: Słucham Hey MTV Unplugged i jaram się każdą piosenką, ponadto odrabiam kolejną zjebaną pracę z kreski, myśląc o minionym weekendzie. Ktoś bardzo okrutny wymyślił, że weekend będzie tak krótki, a zaraz za nim będzie najokrutniejszy na świecie p o n i e d z i a ł e k (to słowo rani moją duszę).
Na jutro trzeba umieć matmę, aby ładnie napisać kolosa i dodatkowo odwalić kreskę.
A wczoraj.. Wczoraj było po prostu cudownie. Impra z doborowym towarzystwem, prezenty trafione i klimat... Ten specyficzny, radosny klimat, który sprawia, że czuję się po prostu dobrze.
No a jutro kurwa jebany p o n i e d z i a ł e k.. Kurwa.
Do widzenia,
Deszczu
Subskrybuj:
Posty (Atom)